Legendy

W Babimoście na moście

W dawnych, bardzo dawnych czasach, jeszcze przed Mieszkiem I, żyli po obydwu brzegach Leniwej Obry dwaj kmiecie, Rak i Sosna. Rak był niski i krępy, mrukliwy i powolny, ale gdy już zaczął jaką robotę, to nie przestał, aż skończył. W przeciwieństwie do niego wysoki i chudy Sosna łatwo się zapalał, lecz bez podniety żony rychło stygł, zniechęcał się i brał się do innego zajęcia. Z początku bardzo sobie sprzyjali, choćby dlatego, że nie mieli innych sąsiadów w pobliżu i często stawali na brzegach rzeczki pogadując z sobą o łowach, o urodzajach, to znów o kłopotach z dziećmi albo o ciężkich czasach, boć przecież za ich młodych lat lepiej bywało. Gawędziły też z sobą ich żony, synowie wspólnie łowili ryby i pluskali się w wodzie, córki z chichotem szeptały sobie dziecięce sekrety.
Nie wiadomo od czego zaczęły się swary, które przemieniły się w jawną wrogość. Wprawdzie Rak twierdził, że to Sosna zaczął, kpiąc sobie gburowato z jego nazwiska, a tego ludzie i teraz nie lubią. Sosna znów wywodził, że sąsiad za nic miał jego dzielność łowiecką, czego też ludzie nie puszczają płazem. Ale chyba sami dobrze nie wiedzieli o co im poszło. żony próbowały z początku godzić zwaśnionych, ale ofuknięte po kilkakroć zaniechały wysiłków. Nie lekko przyjęły to dzieci, z początku za nic sobie miały zwady ojców i nadal lgnęły do siebie, jednak karcone często i srogo, zaczęły siebie unikać.
Mijały lata, a wrogość między dwoma rodzinami nie zwiększała się wprawdzie, jednak nic nie wskazywało, by miała przeminąć. Z biegiem czasu przywykli, że nie tylko rzeczka ich dzieli, lecz i inne sprawy. Radosna i Dobromir, dzieci Raka, podrośli na tyle, że zabawy i figle z młodszym rodzeństwem przestały im wystarczać. Zaczęli tęsknić za rówieśnikami, a tu na wiele mil dokoła nikogo, oprócz tych zza rzeki-Czajki i Bolesława.
Gdy Dobromir zoczył Czajkę w pobliżu strumienia, zawsze znalazł jakieś pilne zajęcie na brzegu. Ona też przedłużała tam swój pobyt nad potrzebę. Podobnie czynili przy każdej okazji Radosna i Bolesław. Coraz częściej spotykały się na ich oczy, ale usta nie rozwarły się do rozmowy. Zamiast rozmawiać-śpiewali. Jedno zaczynało, odpowiadało mu zaraz drugie.
Czasem Rak mówił do żony :
– Czemu nasz Dobek tak się wydziera?
A ona :
– Albo ja wiem? Przecie i ty śpiewałeś czasem za młodu…
– Ale nie tak głośno-stwierdzał Rak.
Sosna też nie ukrywał zdziwienia.
– Nasza Czajka coś się ostatnio stroi i bez przerwy pokrzykuje nad rzeką!
Na to żona :
– Do krzyczenia zdatna od urodzenia. Nie darmo daliśmy jej na imię Czajka. A kiedy ma się stroić jak nie teraz? Lepiej posłuchaj Bolka wrzeszczącego na łąkach…
– Chory czy co…-zastanawiał się Sosna.
Pojęli w końcu Rak i Sosna przyczynę śpiewów dzieci.
Rozgniewali się na nieposłusznych pierworodnych, że za nic mają ich zakazy. Rak nigdy nie będzie bratem, ni swatem Sosny i wzajemnie. Ponowili więc srogie upomnienia, skrzyczeli synów i córki, grożąc im nawet ojcowską klątwą. Przycichły na pewien czas piosenki nad rzeką.
Zagadnął kiedyś Dobromir siostrę :
– Dlaczego nie wolno nam rozmawiać z Czajką?
– Czemu nie możemy rozmawiać z Bolkiem?-odpowiedziała pytaniem i westchnieniem Radosna. Podobne rozmowy toczył brat z siostrą u Sosnów. Mimo zakazów coraz częściej myśleli o sobie i coraz częściej każde z nich potępiało postępowanie rodziców.
Pewnego dnia poprosiła Radosna brata :
– Kładka na rzeczce spróchniała, złamała się pode mną przy praniu bielizny. Zrób mi nową, ale w innym miejscu, bo tam mętna woda… Dobromir zabrał się do pracy i następnego dnia oznajmił siostrze :
– Gotowa, możesz iść prać.
Poszła zaraz Radosna z naręczem lnianych płacht. Stanęła na brzegu zdumiona. Zawiódł ją brat-ta sama deska złamana na środku, ani śladu naprawy. Spojrzała na lewo, a niedaleko bieleje w słońcu nowa kładka wsparta na palach aż do środka rzeki. Jednak zrobił, pomyślała, akurat naprzeciw kładki Sosnów, tam gdzie chciałam…
Nie namyślała się długo, lecz klęknąwszy na desce zabrała się do prania. Bije kijanką w mokre płótno, pryska wodą. Nagle nie dowierza oczom: Czajka wchodzi na kładkę z drugiego brzegu i zabiera się do prania. Nie mówią do siebie, podśpiewują tylko cicho do taktu. Wreszcie któraś się uśmiechnęła, druga nie pozostała dłużna i wkrótce zaczęły gadać jak najęte: A jak u was, a tak u nas, a twój brat jest wysoki, a twój silny i zręczny, sama widziałam…
W końcu zaczęły się głośno zastanawiać, dlaczego ich ojcowie tak się swarzą i łypią na siebie wilkiem. Spotykały się odtąd często na kładce. Nie przeoczyli tego ich bracia. Podeszli do rzeki. Z początku mierzyli się oczami, zaciskali surowo wargi, ale wnet się rozchmurzyli i zagadali do dziewcząt.
Zamiast córki wyszła kiedyś Rakowa nad rzekę. Nie znalazła kładki na znanym miejscu, zostały tylko zbutwiałe kołki. Jak tu prać? Wnet znalazła nową kładkę. Podczas prania myśli sobie: Ależ wybrali sobie miejsce, naprzeciw kładki Sosnów, że styka się na środku deska z deską. Teraz łatwo przejść z jednego brzegu na drugi. Prawdziwy most. Oj, da za to Rak Radośnie i Dobkowi! Myśli tak Rakowa, ale nie gniewa się wcale, uśmiecha się nawet, aż tu sąsiadka wchodzi na drugą kładkę i zabiera się do prania. Sośnina twarz ma spuchniętą i co chwilę pojękuje. Nie strzymała długo Rakowa.
– Co wam jest?-spytała.
– Lico mi nabrzmiało i boli bez przerwy. Ani spać, ani robić.
Poradziła Rakowa sąsiadce jakich ziół utrzeć i przyłożyć na bolące miejsce, Nagle słyszy od domu przeraźliwy krzyk Radosnej:
– Matulu! Niedźwiedź nastaje na ojca!
– Co ja pocznę. Dobek daleko…
Usłyszał wołanie Radosnej Bolek. Jak wicher przebiegł kładkę, przeleciał łąkę, w biegu porwał z rakowego podwórka siekierę i wpadł do lasu. Radosna wskazuje mu drogę.
Siedzi Rak na niskiej gałęzi, kijem odpędza rozsrożonego zwierza. Ale na nic taka obrona! W gardzieli zwierza aż gotuje się od ryku. Wytrącił Rakowi kij i już poń sięga kosmatą łapą. Doskoczył Bolek i z rozmachem ciął siekierą w grzbiet. Z rykiem rzucił się niedźwiedź na nowego przeciwnika, ale już następny cios powalił go na ziemię.
Z trudem zlazł zakrwawiony Rak z drzewa.
– Dzielnyś!-wystękał z trudem.-Nieodrodny syn ojca-dodał po chwili.
Zatrzymali się przed chatą widząc pędzącego przez łąkę Sosnę z oszczepem. Za nim biegnie Sośnina z owiązaną twarzą i zapłakana Czajka. – Co się stało Dobkowi?!-krzyczy.
– Dobkowi nic, ale ja oberwałem trochę-odpowiada Rak-a mnie nie pożałujesz? Zapłoniła się dziewczyna i podeszła do Radosnej, wpatrzonej w Bolka jak w tęczę.
– Nic wam się nie stało?-spytał zdyszany Sosna.
– Trochę mnie zadrapał, ale nie uszedłbym z życiem, gdyby nie wasz Bolek.
Uśmiechnął się Sosna rad z pochwały syna. Wyciągnął Rak prawicę do sąsiada.
– Pogódźmy się, zaniechajmy swarów i wrogości.
– I ja za tym-podał mu rękę Sosna.-Młodzi i tak już się wcześniej dogadali.
Wskazał z uśmiechem na wpatrzonych w siebie Bolka i Radosną. Tylko Czajka stała samotnie.
– Dobek powinien rychło wrócić-powiedział do niej Rak.-O, już jest. Mrugnął Sosna filuternie do sąsiada.
– Mają się ku sobie, a wszystko przez ten most…
– Jaki most?-zdumiał się Rak.
– Za sprawą dziewczyn stanęły kładki po obydwu brzegach, że można po nich przejść suchą nogą jak przez most. Prawdziwy babi most! Dzięki niemu zdążył Bolek w porę was uratować.
Od tego czasu miasteczko, które stanęło na miejscu zagród Raka i Sosny nazywa się Babimost.

Legenda o powstaniu wsi Podmokle Wielkie

Szedł sobie pewnego razu starodawnym traktem handlowym młodzieniec szukający zarobku. Nie spieszył się zbytnio, bo z dala widział już kasztel babimojski. Dalej nie zamierzał wędrować, obiecując sobie, że w osiedlu znajdzie pracę i dach nad głową.
Usiadł na przydrożnym kamieniu i rozejrzał się dookoła. Z jednej strony drogi ciągnęły się odwieczne bory, z drugiej lśniło olbrzymie jezioro.
Wędrowiec oparł głowę o pień sosny, wyjął z torby duży gleń razowego chleba, kobiałkę jagód nazbieranych w lesie i począł jeść. Napił się potem wody z jeziora, obmył zakurzone nogi.
Z zachwytem patrzył na otaczający go krajobraz. Na zachód staczała się powoli czerwona kula słońca. Jezioro ubarwione tęczowymi blaskami zachodu było tak piękne, że nie mógł od niego oczu oderwać. A że bolały go jeszcze nogi, usiadł na mchu w lesie i nie wiedział nawet, kiedy zasnął.
Długo chyba spał, bo gdy się obudził, była ciemna noc. Księżyc zaglądał przez gęstwinę i osrebrzał wokoło mchy, listki i igiełki drzew.
Nagle młodzieniec zobaczył na jeziorze prześliczną dziewicę. Szła po wodzie tak lekko, jakby stąpała po równej drodze. Suknia była na niej niby tkana z lekkiej mgły. Kraj długiego niebieskiego płaszcza wygładzał drobne fale. Nad głową zjawy błyszczało kilka gwiazd, od których biła jasność, jakiej wędrowiec nigdy jeszcze nie widział.
Dziewica zbliżyła się do brzegu jeziora i wskazując na niewielki pagórek, rzekła :
– Tu zbuduj dom i pozostań.
Powiedziawszy to, znikła. Tylko fale z miarowym pluskiem roztrącały się o brzeg, liczne gwiazdy płonęły w głębi jeziora i księżyc ukazywał w nim jak w lustrze swoją szeroką, zielonkawą twarz.
Drżąc na całym ciele z zimna, a może i strachu, doczekał się młodzieniec rana i postanowił odejść. Szedł cały dzień, ale nie mógł dojść do Babimostu, chociaż z daleka widział osadę. Wieczorem znalazł się znowu na tym samym miejscu. Postanowił jednak nie spać. Złowił kilka ryb w jeziorze, rozpalił ognisko, nagotował ryb i trochę grzybów i najadłszy się, usiadł przy ognisku. Czuł się jak król.
Około północy znów ukazała się na jeziorze owa prześliczna pani. Podszedłszy do brzegu, rozkazała :
– Tu postaw chatę i pozostań.
Zrozumiał teraz młodzieniec, że na nic nie zda się opór. Ledwie zaświtało, wyjął topór z torby i począł ścinać drzewa. Robota szła mu wspaniale, jakby pomagały mu jakieś niewidzialne ręce. Wnet z grubych bierwion postawił obszerną chatę, poutykał szpary mchem, naznosił trzciny, mchu i suchych liści i przygotował sobie legowisko. Któregoś z następnych dni zabił maczugą niedźwiedzia skradającego się do dziupli pszczół leśnych. Ze skóry zwierza sporządził wspaniały, ciepły kożuch. Głodu też nie zaznał, bo jezioro pełne było ryb i dzikich kaczek, a las dostarczał orzechów, miodu, grzybów, ba -nieraz nawet zająca czy sarnę.
Ale po jakimś czasie zaczął tęsknić do ludzi. I na to znalazła się rada. Pewnego dnia, gdy siedział wieczorem przed chatą, zobaczył biedną dziewczynę idącą z tłumokiem na służbę. Odpoczęła przed chatą, najadła się do syta. Młodzi spodobali się sobie i postanowili się pobrać. Jeszcze tego wieczora poszli do klasztoru, gdzie przebywali ojcowie cystersi. W drewnianej kaplicy odbył się ślub.
żyli odtąd szczęśliwie, mieli wiele córek i synów. Jedni łowili ryby, drudzy karczowali lasy i uprawiali ziemię, chociaż jałowe piaszczyste pola nie dawały bogatych plonów.
Kiedy nadeszła wielka susza, część jeziora wyschła, odsłaniając lepki, torfiasty grunt, o wiele urodzajniejszy aniżeli piaski nabrzeżne.
Z czasem przybyło w te okolice kilka rodzin. Coraz więcej chat powstawało obok żyznych pól, jezioro kurczyło się natomiast z roku na rok, aż wyschło zupełnie. Wieś zbudowaną na podmokłych gruntach nazwano Wielkim Podmoklem. Opodal na lekkim wzniesieniu pod kątem prostym rozbudowała się druga wieś; nazwano ją Małym Podmoklem.

Tyle mówi legenda.
Niezaprzeczalnym faktem jest, że istniało tu kiedyś wielkie jezioro albo nawet kilka jezior. Dawniej mieszkańcy obu wsi zajmowali się więcej rybołówstwem aniżeli uprawą roli, czy hodowlą trzody chlewnej. Do dziś z tych czasów pozostał tradycyjny już cech rybacki i drewniana ryba, która służy jako znak do zawiadamiania współczłonków, gdy ktoś z cechu umrze. Od Zgniłej Obry oddzielają Podmokle ciągnące się aż do Babimostu z jednej strony i do Kręcka z drugiej strony rozległe soczyste łąki, dające moc drenażu i szerokich, głębokich rowów osuszających dawne bagna. Gleba z drugiej strony wioski, aż do Kosieczyna to przeważnie bielica -podobnie jak w Babimoście, oddalonym stąd zaledwie 4 km i widocznym jak na dłoni. Tylko mrówczej, nieustannej pracy rolników można zawdzięczać wcale niezłe plony i zamożność osiedli.

Legenda o dwóch figurach na babimojskim rynku

Czworokątny rynek w Babimoście zdobią dwie figury ustawione na wprost siebie na wysokich, kolumnowych postumentach w odległości około stu metrów. Jest to statua Matki Boskiej i figura św. Wawrzyńca. O ich powstaniu krąży wśród ludu następująca legenda :

Przed wielu laty żyli w Babimoście dwaj serdeczni przyjaciele. Ojcowi ich byli zamożnymi i szanowanymi obywatelami miasta; jeden posiadał fabrykę sukna, drugi był właścicielem kilku wiatraków. Mieszkali naprzeciw siebie przy rynku. Przyjaciele nie mogli się obejść bez siebie, a że obaj uczyli się bardzo dobrze, postanowiono ich wysłać do szkół. Studiowali w Krakowie, Pradze, Bolonii i w Rzymie. Kiedy powrócili do Babimostu, rodzice wyprawili wielki bal. Na tym właśnie balu młodzieńcy poznali córkę burmistrza, przepiękną Dorotę i obaj się w niej zakochali.
Piękna burmistrzanka, dufna w swą urodę, bałamuciła jednego i drugiego, ale żadnego z nich nie kochała. Ambicje jej sięgały wyżej : pragnęła zostać żoną właściciela Kargowy, który imponował jej nazwiskiem i majątkiem. Aby wzbudzić zazdrość owego kawalera, nie żałowała przyjaciołom czułych spojrzeń i słodkich ust. Ponieważ czyniła to w tajemnicy, każdy z nich był przekonany, iż sam tylko jest szczęśliwym wybrankiem. Wkrótce jednak do serc przyjaciół wkradł się jadowity wąż zazdrości. Skończyła się przyjażć, a jedynym wzajemnym uczuciem stała się nienawiść nie do pokonania.
Pewnego dnia spotkali się w domu burmistrza. Jeden i drugi asystował pięknej Dorocie. Wracając do domu pokłócili się na dobre. Wyzwali się na pojedynek. O świcie, gdy jeszcze wszyscy mieszkańcy spali, huknęły strzały. Obaj przyjaciele celowali dobrze. Gdy wystraszeni babimojszczanie wylegli na rynek, zastali dwa trupy dokładnie na miejscu, gdzie dziś stoją figury. Postawić je kazała na własny koszt zalotna burmistrzanka Dorota.
Do końca życia żałowała swojej lekkomyślności. Część odziedziczonego majątku ofiarowała na budowę kościoła, resztę podzieliła między ubogich. Zasłynęła później jako świętobliwa pokutnica. Przez wiele lat mieszkała w ubogiej pustelni żywiąc się tym, co jej dawał las. Zbierała też różne zioła i korzenie, lecząc nimi ludzi i zwierzęta. Pewnego dnia drwale znaleźli ją martwą w lesie. Tam też została pochowana.

Tak o powstaniu figur na babimojskim rynku opowiada legenda. Jednak prawda o ich powstaniu jest chyba równie tragiczna, a z pewnością mniej romantyczna. W czasie potopu szwedzkiego najeźdźcy zniszczyli Babimost. 16 maja 1656 r. Szwedzi spalili na stosie dwóch księży. Byli to komendarz Wojciech Turopiecki i wikary Marcin Paluszkiewicz. Na pamiątkę ich męczeńskiej śmierci postawiono na babimojskim rynku statuę Matki Boskiej i figurę św. Wawrzyńca. Przetrwały do dziś.

Tańcowała Hanka…

Cofnijmy się do czasów, gdy jeszcze nie istniała wioska Nowe Kramsko. Był tylko trakt handlowy, prowadzący przez olbrzymie bory. Żyło w tych borach dużo zwierzyny, a na trzęsawiskach świeciły nocą błędne ogniki.

Obok starych traktów handlowych budowano karczmy i zajazdy dla kupców jadących od mórz południowych do Bałtyku lub z powrotem. Według tradycji ustnej taka karczma znajdowała się na tym miejscu, gdzie dzisiaj stoi dom Szyputów.
Wokoło tej karczmy szumiały odwieczne bory, wśród których żyły nie tylko zwierzęta, ale ukrywali się też zbójcy. Podsiadali oni kryjówki w lesie między Chwalimiem i Wojnowem, ale obu wsi jeszcze wówczas nie było.

Czekając na przyjazd kupców, nieraz hulali w karczmie całymi tygodniami.
Kiedyś do karczmy przyszli zbójcy, a że dawno już nie przejeżdżali tamtędy kupcy, bo była sroga zima, postanowili obrabować karczmę. Karczmarką była piękna Hanka, która zakochała się w herszcie bandy zbójeckiej. On zaś tylko kpił i udawał zakochanego.

Hanka znana była z zapobiegliwości i gospodarności, toteż na zimę zgromadziła zapasy mięsa, słoniny i kiełbas, ażeby mieć czym karmić zajeżdżających do karczmy kupców. Było więc w komorze pełno szynek, kiełbas i połciów słoniny, a na półkach sery i chleby, stały garnce ze smalcem i śmietaną oraz beczki z piwem i kapustą.

Zbójcy dowiedzieli się, że Hanka kazała zabić świnię. Uradzili więc, żeby obrabować karczmę, ale tak, żeby Hanka tego nie spostrzegła. Przybyli więc gromadnie w gościnę. Podczas gdy jeden ze zbójców grał na kobzie, herszt tańczył z karczmarką, przyśpiewkami dając znak, co mają kraść albo ostrzegając. Karczmarka rada z komplementów i przychylności ukochanego, zwierzyła mu się, że jednego wieprzka zabiła, a drugiego ma jeszcze w chlewie, w komorze zaś leżą indyki.

Herszt, skoro się o tym dowiedział, przystanął przy kobziarzu i zaśpiewał:

Jeden wieprz w patyku,
A drugi w chlewiku,
Indyki w komorze,
Przydać się to może.

Zbójcy już wiedzieli, co mieli robić. Załadowali na wóz zabitego wieprza, po kryjomu zabili tego z chlewika i wynieśli z komory indyki oraz różne inne frykasy. Ale jeszcze było im tego mało. Herszt tańczył zawzięcie, wszystko mając na oku. Jeden ze zbójców nazywał się Florian, do niego to zaśpiewał herszt, kiedy znowy stanął przed kobziarzem, tuląc Hankę do siebie.

Ach miły Florku,
kiełbasy na kołku,
Sukmana na grzędzie,
I ta nasza będzie!
Oj dana!

Herszt z karczmarką coraz weselej się bawili, wywijali różne tańce, przytupywali aż drzazgi leciały z podłogi, a zbójcy tymczasem kradli co się dało.
Hanka nic nie widziała poza swoim ukochanym, on zaś, patrząc miłośnie w jej oczy, nie przestawał dawać zbójcom wskazówek i rozkazów. Widząc, że jeden z nich kraje słoninę prawie przy sznurku i obawiając się, żeby karczmarka tego nie spostrzegła, jeszcze czulej ją ściskał i śpiewał:

Nisko rżnij, nisko rżnij,
żeby nie widziała.
Jak baba zobaczy,
To będzie szczekała.

Wreszcie chcąc ubawić swoich kompanów, a równocześnie zadrwić z Hanki, podszedł do kobziarza i podając melodię, zaśpiewał mu tak:

A u mojej Hanki,
Dytki kiejby dzbanki,
Przytulica jak ulica,
A z tyłu organki!

Zaśmiewali się zbójcy, kłaniali się Hance, herszt ją ściskał i dalej tańczył. Wreszcie jeden ze zbójców dał znak, że nadjeżdżają kupcy, trzeba wiać z łupem do lasu. Herszt nakazał, żeby jechali przodem, a sam Hankę pożegnał taką przyśpiewką:

Karczmareczko bywaj zdrowa,
Będziesz ryczeć kiejby krowa.
Jak się dowiesz com zrobili,
Żem ci karczmę wypróżnili.

Po tej przyśpiewce czym prędzej uciekł ze zbójcami do leśnej kryjówki. Hanka rzeczywiście, gdy zobaczyła, że ją zbójcy okradli, strasznie płakała. Najwięcej jednak bolało ją to, że herszt ją tak haniebnie oszukał. Postanowiła się zemścić. Jeszcze jej dobrze łzy nie obeschły, gdy do karczmy zjechał jakiś książę ze swoim wojskiem. Karczmarka poskarżyła mu się i wydała leśną kryjówkę zbójców.Zbójcy najedzeni i opici słodkim piwem leżeli pokotem i spali. Zanim się spostrzegli, zostali związani i przyprowadzeni do karczmy, obok której postawiono szubienicę i zbójców powieszono. Herszta zaś ścięto toporem. Kloc i topór do ścinania przestępców przechowano w drewnianej budce, która stała na tym miejscu, gdzie dziś znajduje się kapliczka, tyłem do drogi.

W taki to sposób ukarani zostali zbójcy i ich herszt. Hanka zaś wyprowadziła się z tej okolicy. W drewnianej karczmie podobno długo straszyło, dopiero gdy pobudowano kapliczkę nastał spokój.

 

Legenda o kapliczce

Inna legenda wiąże się z kapliczką wystawioną przez babimojszczan przy drodze do Nowego Kramska.

W miejscu gdzie dziś stoi kapliczka pod gęstymi koronami wysokich lip rósł w niepamiętnych czasach wspaniały, stary dąb. Z biegiem lat pień drzewa wypróchniał i tylko dolne gałęzie co roku na wiosnę okrywały się liśćmi. A liście te były twarde jak skóra, jesienią zaś brzęczały jakby były z miedzi. Obok starego dębu zataczała półkole droga z Babimostu do Nowego Kramska i Sulechowa. Drogą tą kupcy z dalekiego południa jeździli z różnymi towarami na wybrzeże morskie, a wracając wieźli do swoich krajów skrzynie pełne bursztynu.

Pewnego razu wracając do domu zastali w mieście innych kupców. Nie otrzymawszy miejsca w gospodzie, rozbili obóz na polu blisko miasta, rozpalili ognisko i gotowali strawę. Po wieczerzy, że było to latem, siedzieli gwarząc długo i popijając piwo jałowcowe osłodzone miodem dzikich pszczół, których pełno było w lasach. Oszołomieni piwem i zmęczeni podróżą zasnęli przy ognisku. W borach otaczających zewsząd Babimost mieszkali wówczas zbójcy, którzy już dawno czekali na okazję do rabunku. Trzeźwych się bali, ale gdy im doniesiono, że po wypiciu piwa kupcy usnęli, napadli na nich nocą, pomordowali i zabrawszy łupy uciekli do lasu. Ocalał tylko stary sługa, który zbudzony hałasem i krzykiem mordowanych, szybko ściągnął z wozu skrzynię pełną złota i ukrył ją w krzakach , sam zaś skrył się nad rzeką. Kiedy już pochowano kupców, zakopał skarb w głębokim dole i żaby naznaczyć miejsce, wsadził tam dąbek.

Mijały lata, dąb rósł nad podziw, zestarzał się… Aż przybyli w okolicę dzisiejszego Babimostu zakonnicy z Obry. Wykarczowali kawał lasu, wybudowali klasztor i pierwszą kaplicę drzewa. Potem wsiali w ziemię pierwsze zboże. Gdy je zebrali, trzeba było zbudować wiatrak. Znalazł się też i młynarz. A że był to człek pracowity i uczciwy, pozwolono mu karczować lasu tyle, ile chciał, i ziemię obsiać zbożem. Młynarz miał kilku synów, którzy dorósłszy, pomagali ojcu. Razem wykarczowali wielki szmat lasu. Pola z roku na rok przybywało.

Pewnego razu najstarszy syn młynarza zaprzągł woły do drewnianej sochy i począł orać. Robota szła mu bardzo mozolnie, bo co chwila socha zawadzała o korzeń lub o kamień. Namęczył się oracz, namęczył: choć był młody i silny, pot spływał mu strugami po ciele. Ocierał czoło rękawem lnianej koszuli i odetchnąwszy orał dalej. Ażeby nie tracić czasu, nawet na obiad nie pojechał do domu.

W południe wyprzągł woły z jarzma, położył im wiązkę siana, a sam usiadłszy przy bruździe posilał się kawałkiem czarnego chleba i popijał wodą. Podczas gdy woły jadły jeszcze, pochylił głowę na ramię i usnął. Ujrzał we śnie jakąś prześliczną panią w białej sukni, w błękitnym płaszczu i złotej koronie na głowie. Wskazała na dąb mówiąc: -Kop tutaj. Co znajdziesz, będzie twoje. Postaw tylko na tym miejscu kapliczkę.

Obudził się młynarczyk, przetarł oczy. Nie wiedział, czy to był sen, czy rzeczywiście widział piękną panią. Spojrzał na dąb, obszedł go dookoła. I po namyśle zaczął kopać. Kopał drewnianym rydlem kilka dni, przecinał mozolnie grube korzenie toporem, gdy wreszcie dokopał się do czegoś twardego. Z pomocą ojca i braci wydobył ciężką skrzynię.. Gdy ją otworzyli, aż oczy musieli zmrużyć – taki blask bił od czerwonego złota, którym skrzynia była napełniona po brzegi.. Syn młynarza zbudował potem miejscu, gdzie rósł dąb drewnianą kapliczkę.

Kiedy wiele lat później ze starości rozsypały się jej ściany pobożne ręce zbudowały na tym samym miejscu kapliczkę z cegieł i obsadziły lipami które tworzą nad nią cienisty dach. Opodal kapliczki stał do niedawna samotny wiatrak, ostatni z czterdziestu. Wielkimi skrzydłami zakreślał koła na niebie, albo też świętując nieruchomiał wśród pól jak wielki nietoperz.


Teksty legend prezentujemy na podstawie książki
Marii Zientary-Malewskiej „Płonące krzaki nad Obrą”.